Niech żyją pokalane poczęcia!
grudzień 18, 2008
W związku z notką popełnioną przez moją niepomiernie piśmienniczo utalentowaną kuleżankę po fachu, chciałam orzec całemu światu, że comiesięczne przekleństwo dopadło także i mnie. I cierpię. Jak ja kurwa cierpię. I całą drogą, trzy i półgodzinną, ciężką i autobusową cierpiałam. I teraz w domu też cierpię. Strasznie. I wyć mi się chce. I wymiotować. Sama nie wiem, co bardziej. I zła jestem. I nieszczęśliwa, na przemian. I wszystkich dziś nienawidzę. I robię taki ruch ręką – sio, sio – jeśli ktokolwiek zbliży się na odległość metra i pół. I mam ochotę wykastrować męską część naszego społeczeństwa, tylko za to, że im się tak nie robi. I ciągam za ogon, tudzież uszy moją kote. Ale jej to się akurat należy. Bo ona znowuż TO ma – łazi tyłkiem do przodu, łypie tymi maślanymi oczętami i przeraźliwie wyje, stojąc u drzwi. No i co ja mam na TO poradzić, przecież jej nie bzyknę, bo niby czym – OŁÓWKIEM?!
♣
Prócz comiesięcznego przekleństwa, cały dzisiejszy dzień można potraktować jako jedną, wielką, tykającą bombę zegarową, z odrobinę (jak na mnie przystało) opóźnionym zapłonem. Czekam na wieści od Takiej Jednej Panny o pokalanym poczęciu. I trzymam mocno kciuki, oj jak mocno trzymam.
Z ostatniej chwili!!!
Z pokalanym poczęciem wszystko w porządku! Tylko przyszły mąż Takiej Jednej Panny twierdzi uparcie, że jego przy tym nie było. Ciekawe. To podpadałoby już pod poczęcie niepokalane, acz o takowe jej nie posądzam ( Mam nadzieję, że Taka Jedna Panna wkrótce oznajmi całemu światu, że pokalanie poczęła i nie będę musiała ukrywać na blogu jej danych osobowych pod beznadziejnym, wymyślonym na prędce, pseudonimem).
Niech nam żyją nowe pokalanie poczęte pokolenia. Niech żyją!
♣
Wczoraj po raz pierwszy doprowadziłam do śmierci swoje wirtualne, niepokalanie poczęte dziecko. W. jeszcze o niczym nie wie, ale nic to – zrestartowałam różowy domek i mam teraz nowego, słodkiego, ciągle głodnego i bez przerwy srającego chłopczyka z dziwnymi humorami i jeszcze dziwniejszymy upodobaniami żwynościowymi, niestety bez imienia, bo zapomniało mi się wpisać. Życie. Gorszym problemem wydaje się być, wynikający z tego jakże żenującego wydarzenia fakt, który wskazuje na to, że będę chujową matką. A propos matek, z moją, nie-chujową-matką szukałyśmy dziś przepisu na sernik, jako że obie dwie nie bardzo posiadłyśmy umiejętność jakiejkolwiek formy kucharzenia. No i znalazłyśmy, a jakże. Najprostszy z najprostszych, tylko nam się średnica tortownicy nie zgadza i nie bardzo wiemy, co z tym fantem uczynić. Bo nie wiem czy wspominałam, ale pierniki to wyszły chujowe, gdyż iż się czegoś niedopatrzyłysmy w przepisie. No i nie wyszły takie jak zreklamy Biedronk czy jak pierniki w ogóle, one po prostu nie wyszły. Jednak me wspaniałe, przecudowne i ZAKŁAMANE współlokatorki chórem orzekły, że pycha. A Gromek to nawet dodał, że jak polejemy je roztopioną czekoladą mogą być jeszcze lepsze. Pfff. Szkoda, że potem chowała je pod obierki z mandarynek. Myślała, że nie widzę. Głupia.
♣
W związku z ogromną potrzebą ascetyczności, zmieniam dizajn na spokojny i stonowany. Bo mnie te koty strasznie wkurwiają! No!
♣
Ha! Nie wiem, czy wszyscy zauważyli, ale robię gigantyczne postępy. To już TRZECIA notka w tym miesiącu. Jestem porażona własnym zapałem i sumiennością. Czy ktoś mi zechce pogratulować?
♣
Profesorze Cz., to jest właśnie przykład prozy menstruacyjnej, w najczystszym, krwawiącym wydaniu.
…
grudzień 15, 2008
Najbardziej na świecie nie lubię uczucia bezradności…
Jestem z Tobą, choć nie potrafię wydusić ani słowa.
Od – fałszować, tylko tego pragnę…
grudzień 8, 2008
Z mocnym postanowieniem poprawy, ze świeżym zapasem sił i wiarą w umiejętność przekazania swoich myśli w kierunku nieujarzmionego tłumu, zaczynam po raz drugi zresztą, mą przygodę z wordpressem. Po przeczytaniu uprzednich postów miałam okrutną wręcz ochotę pousuwać wszystko w pisdu, ale ze względu na szacunek dla nielicznej, ale zawsze, grupy czytelników tegoż nie uczynię, choć smuciłam w tychże postach przebrzydle i w związku z tym obiecuję nie smucić. A wręcz przeciwnie z uśmiechem podchodzić do wszystkiego, co mnie spotka, w optymistyczny sposób patrzeć na świat i nie dać się wyprowadzić z równowagi. O!
I co ja w ogóle pierdolę, za przeproszeniem! Toż to zafałszowanie mojego wewnętrznego, rozhuśtanego, obrzydliwie niepoprawnego, nadmiernie używającego słów – chuj, kurwa, pierdolić, zabarwionego surrealistycznym humorem, którego nikt prócz dwóch, w porywach trzech osób, nie jest w stanie ogarnąć i zrozumieć, świata. Przepraszam jeśli rozczarowuję, ale nigdy nie byłam królewną z bajki, grzeczną dziewczynką, tudzież złotą rybką. Nigdy nie potrafiłam spełniać marzeń. Zawsze na przekór, z zaciętą miną, piorunem w oczach. Ci, którzy mnie zaakceptowali, bądź w skrajnych przypadkach pokochali, to szaleńcy, którzy, jak podejrzewam, nie do końca świadomi są konsekwencji swoich czynów, tudzież lubią ryzykowane sytuacje i osoby z pogranicza dorzeczności i poprawności wszelakiej. Co by nie był0, że jestem potworem doskonałym i dziełem szatańskim w pełni ukształtowanym, gdy trzeba podaję pomocną dłoń, w skrajnych przypadkach wykazuję solidarność, potrafię promiennie się uśmiechnąć i pomóc staruszce przejść na pasach, a i czasami udaje mi się coś niezwykle rozważnego i pożytecznego powiedzieć. Zresztą, Ci którzy wiedzieć powinni, wiedzą za co lub po czemu, do mnie przylgnęli. Przewrotnie Ci, którzy nie podołali próbie mego charakteru, nazywają mnie Aniołem Szczodrobliwości, marszcząc się przy tym okrutnie. A mnie ze sobą jest po prostu dobrze, z moją hardością i siermiężnością, z ciętym organem odpowiedzialnym po części za artykulację, dziwactwami i nadmiernie eksponowaną seksualnością. Z czarno-białym snami, gdzie od czasu do czasu, przyjeżdżają czerwone wywrotki i przyfruwają stada różowych Flemingów. Mężczyzną moich marzeń, odkąd po raz pierwszy go ujrzałam, był Czerwony. Ja dla równowagi będę Niebieska, jak Anioł Szczodrobliwości, na którego widok większość śmiesznie marszczy czoła.
Rzucam siebie (sobie?) na pożarcie.
