W związku z notką popełnioną przez moją niepomiernie piśmienniczo utalentowaną kuleżankę po fachu, chciałam orzec całemu światu, że comiesięczne przekleństwo dopadło także i mnie. I cierpię. Jak ja kurwa cierpię. I całą drogą, trzy i półgodzinną, ciężką i autobusową cierpiałam. I teraz w domu też cierpię. Strasznie. I wyć mi się chce. I wymiotować. Sama nie wiem, co bardziej. I zła jestem. I nieszczęśliwa, na przemian. I wszystkich dziś nienawidzę. I robię taki ruch ręką – sio, sio – jeśli ktokolwiek zbliży się na odległość metra i pół. I mam ochotę wykastrować męską część naszego społeczeństwa, tylko za to, że im się tak nie robi. I ciągam za ogon, tudzież uszy moją kote. Ale jej to się akurat należy. Bo ona znowuż TO ma – łazi tyłkiem do przodu, łypie tymi maślanymi oczętami i przeraźliwie wyje, stojąc u drzwi. No i co ja mam na TO poradzić, przecież jej nie bzyknę, bo niby czym – OŁÓWKIEM?!

Prócz comiesięcznego przekleństwa, cały dzisiejszy dzień można potraktować jako jedną, wielką, tykającą bombę zegarową, z odrobinę (jak na mnie przystało) opóźnionym zapłonem. Czekam na wieści od Takiej Jednej Panny o pokalanym poczęciu. I trzymam mocno kciuki, oj jak mocno trzymam.

Z ostatniej chwili!!!

Z pokalanym poczęciem wszystko w porządku! Tylko przyszły mąż Takiej Jednej Panny twierdzi uparcie, że jego przy tym nie było. Ciekawe. To podpadałoby już pod poczęcie niepokalane, acz o takowe jej nie posądzam ( Mam nadzieję, że Taka Jedna Panna wkrótce oznajmi całemu światu, że pokalanie poczęła i nie będę musiała ukrywać na blogu jej danych osobowych pod beznadziejnym, wymyślonym na prędce, pseudonimem).

Niech nam żyją nowe pokalanie poczęte pokolenia. Niech żyją!

Wczoraj po raz pierwszy doprowadziłam do śmierci swoje wirtualne, niepokalanie poczęte dziecko. W. jeszcze o niczym nie wie, ale nic to – zrestartowałam różowy domek i mam teraz nowego, słodkiego, ciągle głodnego i bez przerwy srającego chłopczyka z dziwnymi humorami i jeszcze dziwniejszymy upodobaniami żwynościowymi, niestety bez imienia, bo zapomniało mi się wpisać. Życie. Gorszym problemem wydaje się być, wynikający z tego jakże żenującego wydarzenia fakt, który wskazuje na to, że będę chujową matką. A propos matek, z moją, nie-chujową-matką szukałyśmy dziś przepisu na sernik, jako że obie dwie nie bardzo posiadłyśmy umiejętność jakiejkolwiek formy kucharzenia. No i znalazłyśmy, a jakże. Najprostszy z najprostszych, tylko nam się średnica tortownicy nie zgadza i nie bardzo wiemy, co z tym fantem uczynić. Bo nie wiem czy wspominałam, ale pierniki to wyszły chujowe, gdyż iż się czegoś niedopatrzyłysmy w przepisie. No i nie wyszły takie jak zreklamy Biedronk czy jak pierniki w ogóle, one po prostu nie wyszły. Jednak me wspaniałe, przecudowne i ZAKŁAMANE współlokatorki chórem orzekły, że pycha. A Gromek to nawet dodał, że jak polejemy je roztopioną czekoladą mogą być jeszcze lepsze. Pfff. Szkoda, że potem chowała je pod obierki z mandarynek. Myślała, że nie widzę. Głupia.

W związku z ogromną potrzebą ascetyczności, zmieniam dizajn na spokojny i stonowany. Bo mnie te koty strasznie wkurwiają! No!

Ha! Nie wiem, czy wszyscy zauważyli, ale robię gigantyczne postępy. To już TRZECIA notka w tym miesiącu. Jestem porażona własnym zapałem i sumiennością. Czy ktoś mi zechce pogratulować?

Profesorze  Cz., to jest właśnie przykład prozy menstruacyjnej, w najczystszym, krwawiącym wydaniu.

3 Responses to “Niech żyją pokalane poczęcia!”

  1. sis Says:

    Niech żyją pokalane poczęcia i proza menstruacyjna! Co prawda niepomiernie piśmienniczo nakłamałaś we wstępie, ale zostaje Ci to wybaczone, bo babą jesteś i nic, co babskie, nie jest Ci obce ;p

    A w ramach osładzajki tego przechujowego czasu pozwolę sobie na menstruacyjny spam: http://southernfriedfatty.files.wordpress.com/2007/07/pms-posters.jpg
    Indżoj ;]

  2. Mag Says:

    Wszystko Ci wolno, orzekłam.
    Nowy dizajn jest super, choć mam nadzieję, że do krwawych kotów jeszcze wrócisz, o tak tak!
    ściskacze w te niepogody i inne smrody!
    kochać:*

  3. Mag Says:

    pisać nowe noty!!!!1111!!11!


Leave a Reply