Demobilizacja.

luty 7, 2009

Ach, jakże ja się nudzę. Z nudy tej, jakże dotkliwej, że hej postanowiłam sobie, to opuszczane regularnie przeze mnie miejsce, odwiedzić i wykorzystać swój niezwykły, a jakże, potencjał piśmienniczy.

Niezamierzone wcale jest nadużywanie słowa “a jakże”, choć brzmi ono przepieknie i z lekka folklorystycznie!

Miast pisać Bardzo Mądrą Pracę o niepokojąco brzmiącym skrócie MGR, na sam dźwięk którego robią mi się ciarki i zgrzytają zęby, same, całkiem odruchowo, zajmuję się tysiącem innych spraw, które przenigdy nie uzyskają statusu Mądrych bądź choćby Ważnych. Nie i chuj. One z natury, te sprawy, mają być błahe, nikomu nie potrzebne i śmierdzące na kilometr, a nawet dwa leniem. Obawiam się najgorszego, prawdopodobnie zostałam zdemobilizowana przez Szanownego Boskiego Cudownego Mego Promotora, przed którym połowa wydziału trzęsie portkami i nie pała doń sympatią. Obawiam się również, że z powodu zbieżności charakterów i podobnego sposobu funkcjonowanie w społeczeństwie, nasza dalsza współpraca będzie przebiegać równie zgodnie jak dotychczas, ale i równie bezowocnie. Bo to było tak…

Najpierw to ja sobie grzecznie przyszłam na umówioną godzinę odstać swoje pod drzwiami Szanownego. Spotkałam ja tam Ci swoich współtowarzyszy niedoli – Pannę Asię, co to wróciła od naszych zachodnich sąsiadów, a która to nie napisała ani słowa, Pannę Natalię, którą darzę sympatią, gdyż również nie napisała ani słowa oraz Pannę Katarzynę, która podobnie jak dwie wcześniej wymienione Panny nie napisała nic! A no i jeszcze Alchemika vel Tomasza,  który to napisał stron 7 i wysłał je Szanownemu na e-maila – ZDRAJCA. I tak sobie wymyśliliśmy, że wejdziemy razem, skoro jakiś tam zatrważających postępów w pracy nie ma. Ha, ale to nie mogło być tak piękne. Szanowny wyszedł, łypnął złym okiem i rzekł złowrogo: “Pani chyba była pierwsza”, wskazując palcem na blednącą Joannę, która to maleńkimi kroczkami, ze spuszczona głową, oddalała się w stronę nory Szanownego. I drzwi się zamknęły. KONSTERNACJA. No zbaranieliśmy. No bo jak to tak – osobno. No plan nasz kurwa runął. Na ucieczkę było za późno, gdyż Szanowny wszystkich nas swym złowrogim spojrzeniem objął. Dlatego też każdy w zaciszu swojego umysły kombinował, co by tu powiedzieć, czym przekonać Szanownego, jakich argumentów użyć. I drzwi się otworzyły, Szanowny wypuścił Joannę i wycedził przez zęby: “No to teraz pani!” a złowrogi palec został wycelowany w moim kierunku! Ach, o zgrozo. I ziemia się zatrzęsła i niebo otworzyło…Pokornie, z wymuszonym uśmiechem i znakiem zapytania na czole, przekroczyłam próg jamy. I drzwi się za nami zamknęły. A za drzwiami, to już luzik i kulturka i wszystko ładnie pięknie. Się powiedziało, że się prawie kończy, że w najbliższym czasie na e-maila się wyśle, że się w ogóle wszystko już przeczytało, że teraz więcej czasu, to nic tylko pisać i pisać, że w ogóle szacun i hołd dla Szanownego. Szanowny zamruczał z zadowolenia, pochwalił, prawie by po główce pogłaskał, ale dzięki Bogu, odległość stołu przeszkodziła mu w tym manewrze. Potem się jeszcze powiedziało, że jakiś dobre opracowanie by trzeba było znaleźć, takie o sytuacji polityczni-kulturowej z okresu Praskiej Wiosny i czy przypadkiem Szanowny nie mógłby czegoś polecić. Szanowny rzucił kilkoma nazwiskami, potem konsternacyjnie udał się do gabloty, że niby czegoś szuka. Oczywiście tego czegoś nie było, co w ogóle a w ogóle nie wprawiło mnie w zdziwienie. Się powiedziało, że następnym razem, że w ogóle dzięki, że tęskniliśmy, i że ja to już chyba pójdę. I jeszcze uśmiech na koniec. I po wszystkim. Cudowne były to konsultacje, wynikiem czego nie chce mi się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek mi się nie chciało.

Za to chce mi się robić foty. Bo to piękne i rozwijające działanie jest. I sprawia mi ono przyjemność, nawet gdy na dworze zimno, cimno, wieje, pada i jest -5.