Demobilizacja.
luty 7, 2009
Ach, jakże ja się nudzę. Z nudy tej, jakże dotkliwej, że hej postanowiłam sobie, to opuszczane regularnie przeze mnie miejsce, odwiedzić i wykorzystać swój niezwykły, a jakże, potencjał piśmienniczy.
♣
Niezamierzone wcale jest nadużywanie słowa “a jakże”, choć brzmi ono przepieknie i z lekka folklorystycznie!
♣
Miast pisać Bardzo Mądrą Pracę o niepokojąco brzmiącym skrócie MGR, na sam dźwięk którego robią mi się ciarki i zgrzytają zęby, same, całkiem odruchowo, zajmuję się tysiącem innych spraw, które przenigdy nie uzyskają statusu Mądrych bądź choćby Ważnych. Nie i chuj. One z natury, te sprawy, mają być błahe, nikomu nie potrzebne i śmierdzące na kilometr, a nawet dwa leniem. Obawiam się najgorszego, prawdopodobnie zostałam zdemobilizowana przez Szanownego Boskiego Cudownego Mego Promotora, przed którym połowa wydziału trzęsie portkami i nie pała doń sympatią. Obawiam się również, że z powodu zbieżności charakterów i podobnego sposobu funkcjonowanie w społeczeństwie, nasza dalsza współpraca będzie przebiegać równie zgodnie jak dotychczas, ale i równie bezowocnie. Bo to było tak…
Najpierw to ja sobie grzecznie przyszłam na umówioną godzinę odstać swoje pod drzwiami Szanownego. Spotkałam ja tam Ci swoich współtowarzyszy niedoli – Pannę Asię, co to wróciła od naszych zachodnich sąsiadów, a która to nie napisała ani słowa, Pannę Natalię, którą darzę sympatią, gdyż również nie napisała ani słowa oraz Pannę Katarzynę, która podobnie jak dwie wcześniej wymienione Panny nie napisała nic! A no i jeszcze Alchemika vel Tomasza, który to napisał stron 7 i wysłał je Szanownemu na e-maila – ZDRAJCA. I tak sobie wymyśliliśmy, że wejdziemy razem, skoro jakiś tam zatrważających postępów w pracy nie ma. Ha, ale to nie mogło być tak piękne. Szanowny wyszedł, łypnął złym okiem i rzekł złowrogo: “Pani chyba była pierwsza”, wskazując palcem na blednącą Joannę, która to maleńkimi kroczkami, ze spuszczona głową, oddalała się w stronę nory Szanownego. I drzwi się zamknęły. KONSTERNACJA. No zbaranieliśmy. No bo jak to tak – osobno. No plan nasz kurwa runął. Na ucieczkę było za późno, gdyż Szanowny wszystkich nas swym złowrogim spojrzeniem objął. Dlatego też każdy w zaciszu swojego umysły kombinował, co by tu powiedzieć, czym przekonać Szanownego, jakich argumentów użyć. I drzwi się otworzyły, Szanowny wypuścił Joannę i wycedził przez zęby: “No to teraz pani!” a złowrogi palec został wycelowany w moim kierunku! Ach, o zgrozo. I ziemia się zatrzęsła i niebo otworzyło…Pokornie, z wymuszonym uśmiechem i znakiem zapytania na czole, przekroczyłam próg jamy. I drzwi się za nami zamknęły. A za drzwiami, to już luzik i kulturka i wszystko ładnie pięknie. Się powiedziało, że się prawie kończy, że w najbliższym czasie na e-maila się wyśle, że się w ogóle wszystko już przeczytało, że teraz więcej czasu, to nic tylko pisać i pisać, że w ogóle szacun i hołd dla Szanownego. Szanowny zamruczał z zadowolenia, pochwalił, prawie by po główce pogłaskał, ale dzięki Bogu, odległość stołu przeszkodziła mu w tym manewrze. Potem się jeszcze powiedziało, że jakiś dobre opracowanie by trzeba było znaleźć, takie o sytuacji polityczni-kulturowej z okresu Praskiej Wiosny i czy przypadkiem Szanowny nie mógłby czegoś polecić. Szanowny rzucił kilkoma nazwiskami, potem konsternacyjnie udał się do gabloty, że niby czegoś szuka. Oczywiście tego czegoś nie było, co w ogóle a w ogóle nie wprawiło mnie w zdziwienie. Się powiedziało, że następnym razem, że w ogóle dzięki, że tęskniliśmy, i że ja to już chyba pójdę. I jeszcze uśmiech na koniec. I po wszystkim. Cudowne były to konsultacje, wynikiem czego nie chce mi się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek mi się nie chciało.
♣
Za to chce mi się robić foty. Bo to piękne i rozwijające działanie jest. I sprawia mi ono przyjemność, nawet gdy na dworze zimno, cimno, wieje, pada i jest -5.
Od – fałszować, tylko tego pragnę…
grudzień 8, 2008
Z mocnym postanowieniem poprawy, ze świeżym zapasem sił i wiarą w umiejętność przekazania swoich myśli w kierunku nieujarzmionego tłumu, zaczynam po raz drugi zresztą, mą przygodę z wordpressem. Po przeczytaniu uprzednich postów miałam okrutną wręcz ochotę pousuwać wszystko w pisdu, ale ze względu na szacunek dla nielicznej, ale zawsze, grupy czytelników tegoż nie uczynię, choć smuciłam w tychże postach przebrzydle i w związku z tym obiecuję nie smucić. A wręcz przeciwnie z uśmiechem podchodzić do wszystkiego, co mnie spotka, w optymistyczny sposób patrzeć na świat i nie dać się wyprowadzić z równowagi. O!
I co ja w ogóle pierdolę, za przeproszeniem! Toż to zafałszowanie mojego wewnętrznego, rozhuśtanego, obrzydliwie niepoprawnego, nadmiernie używającego słów – chuj, kurwa, pierdolić, zabarwionego surrealistycznym humorem, którego nikt prócz dwóch, w porywach trzech osób, nie jest w stanie ogarnąć i zrozumieć, świata. Przepraszam jeśli rozczarowuję, ale nigdy nie byłam królewną z bajki, grzeczną dziewczynką, tudzież złotą rybką. Nigdy nie potrafiłam spełniać marzeń. Zawsze na przekór, z zaciętą miną, piorunem w oczach. Ci, którzy mnie zaakceptowali, bądź w skrajnych przypadkach pokochali, to szaleńcy, którzy, jak podejrzewam, nie do końca świadomi są konsekwencji swoich czynów, tudzież lubią ryzykowane sytuacje i osoby z pogranicza dorzeczności i poprawności wszelakiej. Co by nie był0, że jestem potworem doskonałym i dziełem szatańskim w pełni ukształtowanym, gdy trzeba podaję pomocną dłoń, w skrajnych przypadkach wykazuję solidarność, potrafię promiennie się uśmiechnąć i pomóc staruszce przejść na pasach, a i czasami udaje mi się coś niezwykle rozważnego i pożytecznego powiedzieć. Zresztą, Ci którzy wiedzieć powinni, wiedzą za co lub po czemu, do mnie przylgnęli. Przewrotnie Ci, którzy nie podołali próbie mego charakteru, nazywają mnie Aniołem Szczodrobliwości, marszcząc się przy tym okrutnie. A mnie ze sobą jest po prostu dobrze, z moją hardością i siermiężnością, z ciętym organem odpowiedzialnym po części za artykulację, dziwactwami i nadmiernie eksponowaną seksualnością. Z czarno-białym snami, gdzie od czasu do czasu, przyjeżdżają czerwone wywrotki i przyfruwają stada różowych Flemingów. Mężczyzną moich marzeń, odkąd po raz pierwszy go ujrzałam, był Czerwony. Ja dla równowagi będę Niebieska, jak Anioł Szczodrobliwości, na którego widok większość śmiesznie marszczy czoła.
Rzucam siebie (sobie?) na pożarcie.
