Mrrrruczę, jest dobrze. Doszłam. Doszłam tak, jak na prawdziwą kobietę przystało. Doszłam, bo nie wypada nie dochodzić. Doszłam, bo zawsze dochodzę:) Z banano-rogalem. Bo lubię bananowo-rogalowy stan. Zuo sobie poszło. I dobrze. I niech nie wraca. I niech się więcej nie wtrąca. Zuo jest zue.

I nawet fajnie jest wrócić sobie do Poznania. Wrócić z miasta Turku. I nawet jeśli autobus szósta trzydzieści zapchany jest do granic możliwości. Zaspanymi, marudnymi ludźmi. I nawet jeśli zła-na-cały-świat-i-kawałek-wszechświata pani ładuje się na Kikowe miejsce. Bo tak. Bo ona dalej nie pójdzie. Bo nie po to kupywała bilet tydzień temu, żeby teraz siedzieć w tyle. Bo ma chorobę, z typu lokomocyjnych. Z typu tych, co to pięć miejsc dalej znienacka aktywuje swe moce. Walczyłam. Walczyłam jak lwica. Aż interweniować musiał kierujący pojazdem. Nie żebym potem specjalnie się rozsiadała. Kopała ostentacyjnie paniową torebkę. Trącała ją, tak średnio co 10 minut, łokciem bojowym. Nie żeby specjalnie!

Fajnie jest wrócić sobie do Poznania. I pójść sobie na wykład. Albo i dwa. Albo i trzy nawet, jak sił starczy. I chęci. I zachwycić się ludźmi. I czuć, że jest się w dobrym miejscu, o dobrej porze.

Skończyłam Bramy raju. Czuję się religijnie wyuzdana. Czuję się przesiąknięta grzesznym seksem. Sześćdziesiąt stron. I tylko dwie kropki. Przeklinam Pana, Panie A. Przeklinam, podziwiając jednocześnie.